Poniedziałek, 08 czerwca 202608/06/2026
690 680 960
690 680 960

Ratownicy medyczni biją na alarm, system zaczyna nie wytrzymywać. „Nie sądziłem, że dożyjemy takich czasów”

Karetki oczekujące godzinami przed szpitalami na zdanie pacjenta oraz dyspozytorzy, którzy w obliczu wolnych zespołów ratownictwa medycznego muszą decydować, do kogo wyślą karetkę, a kto może poczekać – to codzienność w ostatnich dniach. Ratownicy biją na alarm i wyjaśniają, że jak tak dalej pójdzie, to niebawem cały ten system runie i zacznie dochodzić do sytuacji, że pacjenci będą umierać, zanim dotrze do nich pomoc lub oczekując na przyjęcie do szpitala.

W ostatnim czasie w naszym regionie praktycznie każdego dnia występują problemy z brakiem wolnych karetek pogotowia ratunkowego. Doszło do tego, że dyspozytorzy muszą dokonywać selekcji wciąż napływających zgłoszeń i decydować, które z nich wymaga pilnej interwencji, a które mogą poczekać.

Nie brakuje sytuacji, że trwa to godzinami. Takich przypadków jest wiele, np. na ul. Sokolej mężczyzna, który spadł ze schodów czekał ponad godzinę, aż ratownicy przyjadą mu na pomoc, czy też na ul. Związkowej uczestnik groźnego wypadku drogowego przez pół godziny leżał na chodniku oczekując na transport do szpitala.

Podobne sytuacje można wymieniać długo, na szczęście za każdym razem osoby te nie były pozostawione same sobie, miały wsparcie innych służb,  policjantów lub strażaków, którzy posiadają umiejętności udzielania pierwszej pomocy, albo ratowników z innej karetki, którzy zajmowali się kilkoma potrzebującymi pomocy jednocześnie.

Przyczyną takiego stanu rzeczy jest fakt, iż zespoły ratownictwa medycznego często godzinami oczekują przed szpitalami, aby zdać pacjenta. Niejednokrotnie zdarza się również, że szpital odmawia ich przyjęcia, więc krążą pomiędzy innymi placówkami. O ile jest to np. na terenie Lublina, to jeszcze niewielki problem, gorzej jeżeli po wielogodzinnym oczekiwaniu okazuje się, że trzeba jechać do szpitala do innego miasta. Jak nas poinformowano, były przypadki, że np. jedna z lubelskich karetek, kiedy nie przyjęto pacjenta w szpitalu przy ul. Jaczewskiego, została skierowana do Ryk. Tam też ratownikom odmówiono z powodu braku miejsc. Udało się pacjenta zostawić dopiero w Siedlcach, a więc już poza naszym województwem.

– Wcześniej było tak, że podjeżdżaliśmy do SOR-u, zostawialiśmy pacjenta i po kilkunastu minutach byliśmy gotowi, aby jechać na kolejne wezwanie. Teraz obsługa jednego zgłoszenia potrafi trwać kilka, a w krytycznych sytuacjach nawet kilkanaście godzin. Tymczasem karetek jest tyle samo, stąd też dochodzi do sytuacji, że dyspozytorzy po prostu nie mają żadnego wolnego zespołu, aby go skierować do pacjenta. Nie tak dawno na jednej z lubelskich podstacji przez znaczną część dnia nie było żadnego zespołu, gdyż wszystkie oczekiwały pod szpitalami, czy też krążyły pomiędzy nimi aby móc zdać pacjenta – wyjaśniał nam anonimowo jeden z ratowników medycznych.

Sprawą zajęli się również reporterzy programu „Interwencja” z telewizji Polsat. Pracująca w pogotowiu od 10 lat 42-letnia Anna Dziuba z Zamościa, podobnie jak jej koledzy z zespołu, określają ostatni tydzień jako tragiczny. Jak wyjaśniają, ostatnie ich dyżury to nawet do pięciu – siedmiu godzin oczekiwania na zdanie pacjenta. Niejednokrotnie pacjenta w ciężkim stanie. Z kolei ratownik medyczny Grzegorz Czyżak opowiada, że musiał zostawić pacjenta z koronawirusem w domu, ponieważ w całym województwie nie było żadnego wolnego miejsca. Zna też relacje innych ratowników.

– Przebywali na SOR-ze około dwóch godzin, po czym dostali informacje od koordynatora, że mają jechać do Parczewa. W Parczewie okazuje się, że nie ma miejsca, jadą do Radzynia. I taki wyjazd to już jest rzędu 6-7 godzin – mówi Grzegorz Czyżak.

Sytuację potwierdza Paweł Krasowicz, ratownik i dyspozytor z Lublina. Jak wyjaśnia, specjalistyczna karetka, która jest jedną z dwóch w Lublinie, pokonuje 120 km do szpitala, żeby oddać pacjenta, bo nigdzie nie ma dla niego miejsca. Z kolei rekordziści stoją po 26 godzin pod izbą przyjęć. W tym czasie akumulatory się rozładowują, przez co są przypadki, że karetki nie można uruchomić.

– Sytuacja jest nie tylko trudna, ona momentami staje się krytyczna. I nie wynika to ze złej woli personelu medycznego. To jest efekt wieloletnich zaniedbań. Czas oczekiwania przyjęcia na SOR pacjenta przedłuża się też dlatego, że wciąż za długo czekamy na wyniki testów – tłumaczy Anna Guzowska, rzecznik szpitala klinicznego nr 4 w Lublinie

Stojąca 6 czy nawet 10 godzin przed SOR-em karetka jest w tym czasie wyłączona z systemu. Z kolei dyspozytorzy każdego dnia odbierają kilkaset telefonów. Większość to wezwania do pacjentów mających już covidowe objawy. W obecnej sytuacji pełniący dyżur ratownik musi decydować, do którego z chorych ma pojechać wolna karetka.

– Nie sądziłem, że dożyjemy takich czasów, że tak to będzie wyglądało. System jest niewydolny, źle to funkcjonuje. Na każdym kroku jest źle. Bardzo często zakażeni, dostają na wstępie informację, że czas oczekiwania to od 4 do 6 godzin – podsumowuje Paweł Krasowicz.

Ratownicy biją na alarm i wyjaśniają, że jak tak dalej pójdzie, to niebawem cały ten system runie i zacznie dochodzić do sytuacji, że pacjenci będą umierać, zanim dotrze do nich pomoc lub też oczekując na przyjęcie do szpitala. Jak nam wyjaśniano, ogólnie dziwią się, że to jeszcze jakoś funkcjonuje i do tej pory, pomimo wielu krytycznych momentów, udaje im się, czyli zaczynając od dyspozytorów, a na zespołach kończąc, jakoś funkcjonować.

Materiał „Interwencji” można obejrzeć TUTAJ.

(fot. lublin112.pl)

53 komentarze

  1. W kościołach składować wiernych katolików/chrześcijan. Wszechmogący buk nie pomoże ?.. haha

  2. To akurat zaplanowane działania rządu. Chorych i starszych pozbawić opieki niech umrą a reszta ma zbankrutować i być na łasce rządu. morawiecki miał okazje pochwalić się że chce sprawić żeby ludzie za…li za miskę ryżu wiec plan realizuje doskonale.

    • od wielu lat co roku „system nie wytrzymywał” w sezonach grypowych a ludzie leżeli i umierali na korytarzach…
      więc nie widzę powodów do paniki… aaaaaaaaaahahahhahhahahah

      • Nie rozumiesz skali. Co roku połowa lekarzy nie siedziała na kwarantannie i co roku nie zamykane było połowę oddziałów w szpitalach. Masz racje. Nie ma powodów do paniki tylko grabarze będą mieli więcej pracy. Skoro podczas pierwszej fali śmiertelność spadła to tym razem rząd wyciągną wnioski i zrobił tak żeby mieć pewność że wzrośnie.

        • To po co nam tacy lekarze? Większość uciekła albo na urlopy albo jest na kwarantannie. Tu nie chodzi o to że pacjentów jest dużo więcej niż ci roku, tylko o to że brak personelu medycznego

  3. Ocena: 0

    a gdzie pan Morawiecki, który ciągle mówi że wszystko jest dobrze w służbie zdrowia??? Po prostu kpiny tego rządu, oni sami w swoje bajki wierzą a to już jest niebezpieczne!

  4. zaczekajmy 2 tygodnie jak protesty zbiorą żniwo
    Wszyscy wiemy jak nieudolnie działała służba zdrowia jeszcze przed chińską zarazą

  5. Ocena: 0

    Do wszystkich PiS-orów, to nie są wiadomości z TVN. To się dzieje naprawdę.

    • Co się dzieje? To że lekarzy nie ma? Ludzie chorują jak co roku o tej porze, tylko że rok temu miał ich kto leczyć

  6. To wyłączna wina protestów,rzont radzi sobie doskonale,ale lewacy wbijajá nóż w plecy,takie posty na profilach kaczystów się pojawiły niemal jednoczesnie.

  7. a gdzie są obrońcy życia ?

  8. Ocena: 0

    Wyjście jest proste. Masz złamaną nogę? W kartę wpisz covid. Dzięki temu masz pierwszeństwo do przyjęcia. Dla szpitala taki pacjent z covidem jest po prostu ekonomiczny. Reszta już nie. A w zusie ile radości, że emeryci i renciści umierają. A może taki jest plan? Po co wypłacać po 1500 zł komuś przez 20 lat jak można jednorazowo 4000 zł… czysty biznes!

  9. dawać ewę co płotu honory oddawała i arłukowicza co szpitale zamykał na doradców!

  10. Ocena: 0

    Jeżeli siewcy śmierci, którzy kłębili się ostatnio na ulicach mają dzisiaj kaszel, zanik węchu i smaku, albo duszności, niech pozostaną w domu lub squacie. W ten sposób jest szansa, że ograniczą krąg ewentualnych zarażonych do domowników i towarzyszy walki o świetlaną przyszłość.

    • Do takich siewców nic nie dotrze. Znajomego żona i jej koleżanka brały udział w proteście, a teraz straciły węch i smak i dalej do pracy łażą. Pracodawca i współpracownicy nawet o tym nie wiedzą. Takich ludzi jest dużo na ulicach. Wale się nie przyznają że mają takie objawy. Być może boją się kwarantanny i samoizolacji. Dopiero jak są większe problemy to zgłaszają się po pomoc. Świadomie mogą zarażać inne osoby, także pilnujmy się i dystans społeczny jak najbardziej wskazany.

    • Stefciu a co z tymi co klebili się w kościołach? Co z nimi?

Z kraju

Lubelski biznes

Biznes i handel

Sport

Polityka

Społeczeństwo

Zdrowie i styl życia

Nauka i technologia