Pomysł na instalację wyrósł z obserwacji natury. Koziara przyznaje, że miechunka od dawna przyciągała go swoim wyglądem, bliskim temu, co sam tworzy. Roślina pojawiająca się jesienią stała się dla niego naturalnym symbolem tej pory roku, zachowując jednocześnie skojarzenia z ciepłem poprzednich miesięcy.
— A w swojej formie, myślę, i kolorze zawiera temperaturę lata, więc jest to jakiś taki łącznik między latem a jesienią. Każda jest oddzielną indywidualną opowieścią — mówi Jarek Koziara.
Zmiana pór roku znalazła dla artysty również inne, symboliczne dopełnienie. Siedząc przy kawie, zauważył odlatujące żurawie. Jak opowiada, zobaczył je dokładnie tam, gdzie wcześniej obserwował ich wiosenny przylot. Ten obraz połączył mu się z jesienną instalacją — „więc jakby symbolicznie się to skleja”.
Sztuka na trasie codziennego spaceru
Ulica Bramowa od dawna jest miejscem prezentacji różnorodnych instalacji. Nad przechodniami pojawiały się już balony, gwiazdy i żurawie. Zmieniające się formy sprawiają, że ta część Starego Miasta zyskuje kolejne artystyczne odsłony.
Dla Koziary obecność prac w miejskiej przestrzeni ma także znaczenie jako sposób dotarcia do publiczności.
— Mi się wydaje po prostu, że ludzie rzadko zaglądają do galerii, nie? Trzeba po prostu wyjść naprzeciw doń i przez to i artysta czuje się spełniony i widz — wyjaśnia.
Instalacja jest również chętnie wybieranym tłem do zdjęć. Turyści mogą uchwycić w jednym kadrze jej żywą kolorystykę i lubelskie zabytki. Sztuka staje się w ten sposób częścią spaceru po Starym Mieście oraz pamiątką z wizyty w Lublinie.
Sam artysta, pytany o odczucia związane z pracą, podsumowuje krótko:
— Myślę, że czuję się usatysfakcjonowany.
Źródło: UM Lublin
2 komentarze
Komentarz ukryty z powodu bardzo niskiej oceny.
Panie Jarku, ile pan przytulił za te baloniki, bo za Bóg zapłać ani one nie powstały, ani tak zupełnie za nic pan ich tam nie udyndał.
Komentarz ukryty z powodu bardzo niskiej oceny.
Może czas wreszcie wymyślić coś nowego, zamiast po raz kolejny serwować Lublinowi tę samą „artystyczną” papkę? Raz wiszą parasolki, raz lampiony, innym razem jakiś kolorowy badziew. Grunt, żeby dyndało, świeciło i można było ogłosić kolejne wielkie wydarzenie artystyczne. Tylko pomysłu jak nie było, tak nie ma. Ile można sprzedawać ten sam patent w innym opakowaniu? Może pora poszukać sobie innego zajęcia, bo kreatywność najwyraźniej już dawno poszła na emeryturę. Lublin zasługuje na prawdziwą kulturę i ambitną sztukę, a nie na wieczny festiwal wiszących ozdób. Miasto Inspiracji? Coraz bardziej Miasto Recyklingu Jednego Pomysłu.