W ostatnich dniach w Polsce panują prawdziwie zimowe warunki. W części kraju wystąpiły śnieżyce, a silne wiatry powodowały zamiecie śnieżne. Intensywne opady sprawiły, że mieszkańcy mogli sobie przypomnieć zimy sprzed wielu lat. Wszystko to doprowadziło do paraliżu na drogach.
W związku z tym w środę odbyło się posiedzenie rządowego sztabu kryzysowego. Uczestniczyli w nim m.in. wojewodowie, przedstawiciele służb podległych MSWiA oraz władze PKP PLK i GDDKiA. Po zakończeniu spotkania minister infrastruktury Dariusz Klimczak oraz minister spraw wewnętrznych Marcin Kierwiński poinformowali, że w związku z przypadkami blokad na drogach zarządzono wzmożone kontrole samochodów ciężarowych.
– Wielu z państwa zastanawia się, jak to możliwe, że mimo iż dwa razy więcej pługów i piaskarek wyruszyło na drogi, powstawały korki i zatory. Działo się tak z różnych przyczyn, także dlatego, że te pługi i piaskarki nie mogły w odpowiednie miejsca wjechać. Na przykład TIR-y zaczęły się wyprzedzać – jeden stanął w miejscu, drugi próbował go objechać i w ten sposób tworzył się zator – mówił Marcin Kierwiński.
Nieco wcześniej w podobnym tonie wypowiedział się wiceminister infrastruktury Stanisław Bukowiec. Wskazał, że problemy na drogach były wywołane przez ciężarówki w złym stanie technicznym, głównie jeśli chodzi o stan ogumienia. Dlatego polecono policji oraz Inspekcji Transportu Drogowego wzmożone kontrole pojazdów ciężarowych. Jak wyjaśniano, „sprawdzanie stanu technicznego ma zapobiec powstawaniu wielokilometrowych zatorów”.
Słowa te wywołały oburzenie w branży transportowej. Wypowiedzi ministrów określono jako „bełkot” osób, które nie mają pojęcia na temat ruchu pojazdów ciężarowych. Wskazywano również, że jest to „szukanie kozła ofiarnego”. Transportowcy podkreślali, że po raz kolejny obwinia się kierowców ciężarówek, którzy pokonują setki kilometrów dziennie i radzą sobie w każdych warunkach, nie zwracając jednocześnie uwagi na umiejętności jazdy kierowców aut osobowych. Jak zaznaczano, wielu z nich nie potrafi poradzić sobie nawet przy centymetrze śniegu. „Ledwo jadą lewym pasem, co chwila zwalniając, a w deszczu potrafią zatrzymywać się na autostradach pod wiaduktami” – wskazywali przedstawiciele branży.
– Nie jest tak, jak słyszeliśmy ze strony rządowej, że winne są opony w ciężarówkach. Nie jest to zgodne ze stanem faktycznym. Określona konstrukcja zestawu: ciągnik siodłowy plus naczepa determinuje naciski na oś. Co przy załadunku 24 ton jest atutem, przy jeździe bez ładunku staje się przekleństwem. Tutaj wchodzi w grę fizyka. Każdy, kto jeździł samochodem z napędem na tył, wie, gdzie leży przyczyna. Niedociążona oś napędowa nawet z najlepszymi oponami nie będzie w stanie złapać przyczepności przy takim rozłożeniu środka ciężkości i przyłożeniu momentu obrotowego. Jeżeli na trasie S7 pojawił się TIR bez ładunku, to pewne jest, że daleko w takich warunkach nie mógł zajechać – wskazał przedsiębiorca z branży transportowej Rafał Mekler.
Jednocześnie zaznaczył, że tworzenie z kierowców ciężarówek kozła ofiarnego oraz „propaganda”, w której stan techniczny pojazdów ma usprawiedliwiać fatalny stan utrzymania dróg, to czysta perfidia i oznaka braku rozpoznania uwarunkowań właściwych dla tej branży. Przypomniał, że właściciele ciężarówek płacą za korzystanie z dróg, a od nowego roku opłaty wzrastają o 40 proc. Dlatego – jak podkreślił – szukanie kozła ofiarnego jest „kolejną odsłoną polaryzacji społeczeństwa” i zaapelował, aby nie dać się w to wciągnąć.
Kiedy rzeczowa dyskusja zaczęła wymykać się spod kontroli i padało coraz więcej ostrych słów oraz stwierdzeń, głos w sprawie postanowiła zabrać Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad. Jej przedstawiciele wyjaśnili, że blokada trasy S7 rozpoczęła się od zderzenia trzech samochodów osobowych i lawety. Na skutek zamknięcia jezdni nie mogły tam wjechać również pojazdy zimowego utrzymania dróg. Gdy policja zakończyła swoje czynności, na skutek ciągłych opadów na nawierzchni zalegała już warstwa śniegu. Nie były w stanie jej pokonać pojazdy ciężarowe, które zablokowały całą szerokość jezdni, uniemożliwiając pracę służbom drogowym.
Dodatkowo cały czas trwały opady, które z godziny na godzinę zwiększały warstwę śniegu zalegającego na jezdni objętej zatorami. Dopiero gdy pojazdy do odśnieżania podjechały pod prąd do czoła zatoru, udało się utworzyć korytarz dla samochodów osobowych. Ruszyły nim również trzy ciężarówki, jednak ich kierowcy nie byli w stanie podjechać pod wzniesienie, przez co pojazdy stanęły bokiem i ponownie zablokowały drogę.
Cała ta sprawa stała się tak głośna, że w sieci zaczęło pojawiać się szereg memów i prześmiewczych filmików:
@bartekkierofca
59 komentarzy
Komentarz ukryty z powodu bardzo niskiej oceny.
Obwinianie TIR-ów o blokowanie dróg to szukanie kozła ofiarnego, jak w przypadku tych niby aktów dywersji na kolei czy przy okazji palenia się jakiegoś śmietnika. O palących się samochodach i kościołach, nawet nie wspomnę.